Był piątek. Pogotowie dostało wezwanie do nieprzytomnego mężczyzny, który zasłabł w Różnowie pod Olsztynem. Podejrzenie: zawał serca. Do zgłoszenia wyjechała specjalistyczna karetka z Polikliniki MSWiA przy al. Wojska Polskiego. Był w niej lekarz, ratownik i pielęgniarka. Gdy przyjechali na miejsce, pacjent dawał oznaki życia. Zaczęła się reanimacja. Lekarz użył defibrylatora. To urządzenie - przykładane do klatki piersiowej - które wysyła impuls elektryczny i jest wykorzystywane do przywrócenia normalnej akcji serca. Ale mimo reanimacji pacjent zmarł.
Po powrocie załogi do bazy zaczęły się rozmowy, jak doszło do zgonu. Kluczowe było wyjaśnienie, czy medyk z karetki powinien użyć defibrylatora. Inni lekarze postanowili sprawdzić jak przebiegała reanimacja. Przeanalizowali zapis EKG serca u ratowanego pacjenta. Ich zdaniem użycie defibrylatora nie było potrzebne. Serce pacjenta - choć z pewnymi anomaliami - pracowało. - Ale nie wystąpiło u niego ani migotanie komór, ani częstoskurcz komorowy bez tętna. A to jedyne rytmy serca, przy których należy zastosować defibrylator - mówi nasz rozmówca. - Użycie defibrylatora w innym przypadku może doprowadzić do tragicznych skutków. Do zakłócenia pracy serca, a nawet do zgonu. Wystarczyło podać tlen, leki i przewieźć do szpitala.
Pikanterii całej sprawie dodaje, że po szpitalu, w którym stacjonował zespół ratunkowy, zaraz rozeszła się informacja, że załoga karetki próbowała przekonywać lekarza, by nie używał defibrylatora, bo w tym wypadku nie było to konieczne. Mimo to lekarz użył go, i to - według naszych informacji - aż siedmiokrotnie.
Dla jednego z lekarzy wątpliwości związanych ze zgonem było zbyt dużo i dlatego zgłosił policji, że śmierć pacjenta mogła nastąpić w wyniku błędu lekarskiego. - Zrobił to jeszcze w piątek, niedługo po zdarzeniu - mówi Paweł Okniński, zastępca prokuratora rejonowego Prokuratury Olsztyn-Północ.
Wczoraj prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci 38-latka.
- Rzadko się zdarza, aby lekarz powiedział nam wprost: tak, mogło dojść do błędu medycznego - dodaje prokurator. - Dla nas była to o tyle komfortowa sytuacja, że nie musieliśmy długo analizować, czy wszczynać śledztwo w tej sprawie. Ale to, czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z błędem lekarskim, ustalimy dopiero w toku postępowania.
Paweł Okniński dodaje, że prokuratura zleciła już policji, aby zabezpieczyła dokumentację z przebiegu akcji ratunkowej. Na wtorek zaplanowana została sekcja zwłok zmarłego mężczyzny. Ma ona określić przyczynę śmierci. Jednak śledczy liczą się z tym, że sekcja nie wystarczy, by wyjaśnić tę sprawę, i niezbędne będzie także powołanie biegłego.
Karetka, która stacjonowała w poliklinice i pojechała do Różnowa, należała do Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Olsztynie. Lekarz, który reanimował pacjenta, nie został zawieszony i normalnie jeździ karetką. Medycy, z którymi rozmawialiśmy, nie mają wątpliwości, że do czasu wyjaśnienia sprawy nie powinien pełnić dyżurów, tym bardziej że miewali uwagi do jego pracy. Kierownictwo stacji broni go jednak. - Prokuratura nie przedstawiła lekarzowi żadnych zarzutów. Nie chcę wypowiadać się o tej sprawie - to jedyne, co powiedział "Gazecie" Waldemar Droś, zastępca dyrektora pogotowia. Nie udało nam się też porozmawiać z lekarzem.
Sytuacja, by lekarz zgłosił policji, że kolega po fachu mógł popełnić błąd, to ewenement. Zygmunt Ziółkiewicz, okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej, nie pamięta podobnego przypadku w ostatnim czasie. - Od ośmiu lat jestem rzecznikiem i u nas nie było takiej ewidentnej sytuacji, by lekarz doniósł organom ścigania na innego lekarza - mówi.
DLA GAZETY
Adam Sandauer, szef Stowarzyszenia Primum Non Nocere
Wypada pogratulować lekarzowi, który poinformował policję o swoich wątpliwościach i życzyć całemu środowisku medycznemu, żeby podobnych przypadków łamania źle rozumianej solidarności zawodowej było więcej. Pranie brudów we własnym gronie do niczego nie prowadzi. Niestety, lekarze obawiają się ostracyzmu i konsekwencji, co ich może spotkać, jeśli nie zachowają się solidarnie. Wielu z nich nie rozumie, że to leży w interesie ich środowiska, bo tylko dzięki ujawnieniu nieprawidłowości lekarz, który ma zła opinię, może zostać zmuszony do szkolenia, podnoszenia kwalifikacji. Tu nie chodzi nawet o dotkliwą karę dla lekarza, który popełnił błąd, ale o bezpieczeństwo pacjentów. Skutki tuszowania błędów lekarskich są odwrotne od oczekiwanych, bo pomyje na lekarzy i tak są wylewane, a prestiż ich zawodu wciąż cierpi. Tylko kryształowo czyste postępowanie sprawi, że lekarze cieszyć się będą należnym szacunkiem.
not. man
Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn