To nie żart: tajemnicza puma wróciła na Śląsk

Anna Malinowska
2009-05-22, ostatnia aktualizacja 2009-05-23 04:02

Pogryzione drewniane sztachety płotu, ślady kłów i pazurów na dachu z papy i pies drżący ze strachu. Taki widok kilka dni temu wczesnym rankiem zastali mieszkańcy Książenic. Teraz boją się wychodzić z domu.

Eryk Piekorz i jego siostra Anna Lubszczyk oraz przestraszona Aza
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Eryk Piekorz i jego siostra Anna Lubszczyk oraz przestraszona Aza
Malutka miejscowość pod Rybnikiem. Domki jednorodzinne, kościół, sklep, dookoła pola i lasy. Sielankę zakłóciły wydarzenia sprzed kilku dni. - Wcześnie rano córka wychodziła do pracy. Kiedy była już na podwórku, usłyszałam krzyk: mamo chodź, ktoś się do nas włamywał! - wspomina Anna Lubszczyk. Przed jej domem część płotu była przewrócona. Kojec z budą dla psa pusty.

- Naszą Azę znaleźliśmy w krzakach 500 metrów od domu. Wołaliśmy, żeby szła z nami do domu, ale nie chciała. Wzięliśmy ją na ręce. Jak podeszliśmy do kojca, próbowała się wyrwać. Nie chciała wracać do własnej budy - mówi pani Anna.

Do Lubszczyków zbiegli się sąsiedzi. Zaczęli badać ślady. Ze sztachet sterczały drzazgi, papa izolująca budę dla psa była zdarta.

- Nikt nie miał wątpliwości, że była to puma. Musiała atakować budę z kilku stron. Kiedy się szamotała, gryzła płot, musiała budę przesunąć. Na szczęście pies mógł się z niej wyślizgnąć i uciec. To prawdziwy cud, że mu się udało - mówi Eryk Piekorz, brat i sąsiad pani Anny.

Na miejsce wezwano policję. Przyjechała też straż miejska i leśnicy. - Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego! Potwornie przestraszony pies, który chce uciec z własnej budy, i te ślady. Nie mam żadnej wątpliwości, że atakował duży, silny i niezwykle sprytny kot. Mógł być głodny, ale też zwyczajnie kierować się instynktem. Spotkał na swojej drodze słabsze zwierzę.

Mieszkańcy zapewniali, że tej nocy ich psy nie szczekały, była cisza. To normalna reakcja, bo w okolicy wyczuły kogoś silniejszego. Jeśli słychać w wiosce wycie wilka, nie szczeka ani jeden pies. Po prostu się boją - wyjaśnia leśniczy Tomasz Majer.

Mieszkańcy przestraszyli się jeszcze bardziej, gdy po incydencie z Azą w pobliskich lasach znajdowano szczątki dzikich zwierząt. - Młode dziki, sarny i jelenie. Zabijane i rozszarpywane w sposób charakterystyczny dla dużego kota. Przyznam, że pierwsze doniesienia o grasującej pumie przyjąłem z przymrużeniem oka. Ślady w Książenicach są jednak prawdziwe - mówi leśniczy.

Małgorzata Gałażyn mieszka pod samym lasem.

- Boję się wypuszczać dzieci z domu. Nasze psy też zachowują się dziwnie. Są niespokojne. Najgorsze, że nikt nic w tej sprawie nie robi. Dzwoniłam do różnych instytucji, żeby się czegoś dowiedzieć, i nic. Najlepiej, żeby wszyscy siedzieli pozamykani i przeczekali w domach, aż puma pójdzie gdzie indziej - denerwuje się Gałażyn.

Pierwsze sygnały o grasującej w Polsce pumie pojawiły się przed czterema miesiącami. Zaczęło się od Opolszczyzny, potem był Śląsk. Ostatnio drapieżnik miał być widziany w tym samym czasie w województwie wielkopolskim i Kielcach. Wydarzenia z Książenic miały miejsce kilka dni później.

- Centrum Zarządzania Kryzysowego nie zostało powiadomione o tym fakcie. Będziemy wyjaśniać dlaczego. Natychmiast też wdrożymy obowiązujące w całym kraju procedury. Na miejsce pojadą wyspecjalizowani myśliwi, by zobaczyć zachowane ślady. Jeśli je potwierdzą, do Książenic zostanie też wysłana grupa łowczych, którzy przeprowadzą obławę. Jeśli się uda zlokalizować zwierzę, to zostanie uśpione i przewiezione do ogrodu zoologicznego - mówi Marta Malik, rzecznika wojewody śląskiego.

Polecamy: Internauci do myśliwych: Nie strzelać do pumy



Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Zobacz więcej na temat:

Policyjni na Facebooku