Tomek, 35 lat, przedstawiciel handlowy poznańskiej firmy farmaceutycznej. Mieszka w Poznaniu. Sam. Dwa tygodnie temu wezwał go szef i pokazał pismo z poznańskiej policji. Ta pyta, kto użytkuje jeden z numerów telefonu komórkowego, zapisanego na ich firmę. To był numer Tomka. - W co się wplątałeś? - pyta szef. I też bliski paniki, bo po firmie poszło, że to może CBA szuka dowodów na jakąś lekarską korupcję.
Po kilku dniach do firmy znów przychodzi pismo z policji. Wezwania dla Tomka. Ma być świadkiem, ale z pisma nie wynika, o co chodzi.
Tomek dzwoni na policję. - O co chodzi? - pyta.
- Pan przyjdzie, pan się przekona - mówi
policjant i zaprasza na przesłuchanie.
Siedziba wielkopolskiej policji w Poznaniu. Tomek siada naprzeciwko policjanta, a ten pyta:
- Kiedy pan korzystał z agencji towarzyskiej na poznańskim Dębcu?
- Komu pan płacił?
- Pamięta pan te dziewczyny? - Tu Tomek dostaje pod nos zdjęcia kilku prostytutek.
- A wie pan, kim jest Rita?
Tomkowi ręce się trzęsą. W głowę zachodzi, co powiedzieć, choć policjant jest całkiem miły.
Więc Tomek grzecznie odpowiada: zdarzyło mu się przez ostatni rok dzwonić do tej agencji, ale nigdy tam nie był, bo dziewczyny zawsze przyjeżdżały do niego. I jeszcze, że żadnej z nich nie pamięta, bo zawsze dzwonił kompletnie pijany. Pyta policjanta, czy w sądzie też będzie musiał o tym mówić.
Przesłuchujący Tomka funkcjonariusz tego samego dnia zadał te pytania jeszcze kilku innym klientom agencji. A w ciągu ostatnich tygodni wezwał kilkudziesięciu. Razem będzie 300 przesłuchanych, a jeszcze ponad stu czeka w kolejce.
Policja wysłała wezwania do domów (jeśli do agencji dzwoniono z prywatnego numeru) i zakładów pracy (jeśli numery zapisane były na firmy). Wśród klientów agencji cały przekrój społeczny: od urzędników po handlowców. A jeszcze przyjezdni, którzy byli gośćmi Międzynarodowych Targów Poznańskich, i ci, co chcieli się rozerwać, tylko przejeżdżając przez Poznań.
A po co policja ich wzywa? - Jednym z powodów jest udowodnienie zarzutu stręczycielstwa właścicielom agencji towarzyskiej - tłumaczy prokurator Agnieszka Degler, która prowadzi śledztwo.
Tomek: - To niech pytają te prostytutki, czy były stręczone. Co ma do tego ich klient?
Sprawa sięga jesieni ubiegłego roku. Policja wpadła wtedy do popularnej poznańskiej agencji na Dębcu i zatrzymała właścicieli: Ritę - burdelmamę i Klaudiusza - jej wspólnika. Ich pracownice zbuntowały się kilka miesięcy wcześniej i powiedziały policji, że są źle traktowane, a pieniądze oddają swoim opiekunom.
Gdy policja wkroczyła do akcji, miała dużo dowodów, że doszło do stręczycielstwa: zeznania prostytutek, podsłuchy, zabezpieczony na 3 mln zł majątek pochodzący z prostytucji. Od operatorów telefonicznych ściągnęła jeszcze billingi. Wyszło z nich, że przez kilka miesięcy do agencji dzwoniono z kilku tysięcy numerów telefonicznych. Wytypowano czterysta i postanowiono przesłuchać ich właścicieli. A że wielu dzwoniło ze służbowych telefonów, stąd pisma do zakładów pracy.
Jednak nie wszyscy - jak Tomasz - tak chętnie mówili o swoich przeżyciach z pracownicami agencji. Tu mamy trzy grupy: ci co dzwonili przez pomyłkę (choćby po kilka razy), ci co twierdzą, że byli pijani, i jeszcze tacy, co nic nie pamiętają - jak choćby 80-letni mężczyzna, który również został przesłuchany, bo dzwonił do agencji.
Tomasz: - Ja nie mam kobiety i mi to wisi, co policja zrobi z taką wiedzą, ale mogą być dramaty u żonatych. A i w ich zakładach pracy nie będzie im do śmiechu.
Co zyska prokuratura i policja na przesłuchaniu klientów agencji? - Zapewniam, że było to niezbędne - mówi tajemniczo prokurator Degler.
Innego zdania jest karnista Marian Filar: - Jeśli prokuratura zebrała dość dowodów na stręczycielstwo, to wzywanie klientów agencji jest marnowaniem pieniędzy podatników. Bo co oni mają udowodnić, skoro korzystanie z usług prostytutek nie jest karane?