Akt oskarżenia przeciwko Ireneuszowi W., funkcjonariuszowi komendy wojewódzkiej policji w Gorzowie (pracował w zielonogórskim laboratorium kryminalistycznym) trafił do sądu w sierpniu br.
Poznańscy prokuratorzy oskarżają policjanta o przekroczenie uprawnień i przywłaszczenie mienia - paliwa, które mężczyzna spuszczał z trzech
policyjnych aut. Według prokuratury, funkcjonariusz kradł benzynę od stycznia 2006 r. do kwietnia 2008 r. Straty oszacowano na blisko tysiąc złotych.
Komenda nie informowała o postępowaniu przeciwko funkcjonariuszowi. Nawet, gdy go zatrzymano i przedstawiono zarzuty. Na służbowych telegramach Biura Spraw Wewnętrznych [policja w policji - red.] wbito bowiem stempel "nie informować mediów".
Nagranie z parkingu Do "Gazety" przyszedł list z płytą CD w środku. Na nagraniu widać, jak zielonogórski policjant spuszcza ze służbowego auta paliwo. Ma na sobie czarne moro z emblematem "policja". Wpuszcza do baku wężyk, potem ustami zasysa strumień paliwa i napełnia kanistry.
- Z filmu śmieje się cała komenda. O tym, że funkcjonariusz kradł musieli wiedzieć jego przełożeni. Niemal w każdym miesiącu brakowało paliwa w samochodach. Kiedy baki napełniano wieczorem, to rano brakowało kilku, kilkunastu litrów. Sprawę badało BSW, ale przełom nastąpił, gdy powstał "słynny film" - opowiada jeden z informatorów "Gazety".
Ustaliliśmy, że o sprawie kradzieży paliwa przez Ireneusza W. wiedział jeden z przełożonych policjanta. Jego współpracownicy zeznali w prokuratorskim śledztwie, że informowali go o znikającym paliwie z radiowozów.
Kradzieżą zajmowało się Biuro Spraw Wewnętrznych. Z telegramu BSW (którego nie mogli zobaczyć dziennikarze) wynika, że pracowano nad sprawą od stycznia do listopada 2007 r. Ustalono, że skradziona benzyna warta była ponad 500 zł. Dopiero gdy śledztwo nadzorowała prokuratura przyłapano policjanta na gorącym uczynku. Przeszukano policyjną bazę, znaleziono zmagazynowane paliwo w kanistrach i plastikowych pojemnikach.
Policjanci uważają, że BSW prowadziło śledztwo nieudolnie. Pozwoliło mężczyźnie dalej kraść, mimo wiedzy o procederze. - A nie taka jest misja policji. Ma organizować działania, które mają zapobiegać popełnianiu przestępstw i zjawiskom kryminogennym - opowiada wysoki rangą oficer.
Policjant: robiłem zapasy Poprosiliśmy o wyjaśnienie Komendę Główną Policji, której podlega gorzowski oddział BSW. Na odpowiedź czekaliśmy tydzień. Komenda twierdzi, że pierwsza informacje wskazująca na możliwość kradzieży paliwa przez wymienionego funkcjonariusza pojawiły się dopiero w lipcu 2007 r. Przez kilka następnych miesięcy policjanci ją weryfikowali.
- W każdej sprawie, gdy podejrzenie popełnienia przestępstwa dotyczy funkcjonariusza policji, śledztwo wszczyna prokurator. W tym przypadku nastąpiło to 21 listopada ub.r. Do przedstawienia ewentualnych zarzutów niezbędne były dane o ilości i wartości skradzionego paliwa. Po ujawnieniu przez BSW pozostałych dokumentów wskazujących na kradzieże, kwota strat wyliczona przez biegłego z prokuratury zwiększyła się do 988 zł - mówi Grażyna Puchalska, z biura prasowego KG.
Dlaczego zakazano informować o kradzieży media? Puchalska tłumaczy to tym, że adnotacja na telegramie była skierowana do pierwszych odbiorców tj. dyżurnych jednostek. - Policjanci ci nie mają upoważnień do prowadzenia polityki informacyjnej w zakresie spraw realizowanych przez BSW. Adnotacja jest przypomnieniem, że informacje w tym zakresie mogą przekazywać tylko upoważnieni pracownicy pionów prasowych.
Tyle że i oni wzięli sobie adnotację "do serca". Dziennikarze nie zostali nigdy poinformowani o sprawie.
Ireneusz W. został wydalony ze służby 31 maja br. decyzją komendanta wojewódzkiego. Dziś jest na policyjnej emeryturze. Odwołał się od decyzji, ale KG utrzymała ją w mocy. Policjant wkrótce ma stanąć przed sądem. Nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że gromadził paliwo na zapas, by wykorzystać je w chłodniejsze dni, gdy auta więcej palą.
- Bzdura, od kiedy ten pan nie pracuje, mamy nadwyżki paliwa - mówią zielonogórscy policjanci.
Co z przełożonym, który miał wiedzieć o kradzieży paliwa?
- Ze względu na krótki okres pracy w lubuskim garnizonie komendant nie ma wystarczającej wiedzy o tej sprawie [insp. Leszek Marzec jest lubuskim komendantem od miesiąca - red.]. Dlatego zapozna się z nią wnikliwie. Jeśli okaże się, że informacje te faktycznie się potwierdzają, wyciągnie konsekwencje wobec danej osoby lub osób - tłumaczy Agata Sałatka, rzecznik lubuskiego komendanta.